To miał być zwykły weekendowy wypad z dziewczyną nad Soline... Ale nie byłbym sobą, gdybym nie zabrał nad wodę oprócz dziewczyny również wędek... Bo tak naprawdę ileż można wylegiwać się plackiem na słońcu :) Niewielki ponton i echosonda dopełniły asortyment wakacyjnego wypadu. Jeszcze tylko szybkie pakowanie auta i zaraz po pracy mogliśmy ruszać w bieszczady. Po upewnieniu się, że pogoda dopisze, postanowiłem przedzwonić do znajomego kolegi, który od wiosny koczuje w swoim domku nad wodą, by o ile to możliwe, przetransportował nas swoją łódką na skałki. Tak to był dobry pomysł, z dala od ludzi i wszelkiego zgiełku wczasowiczów. Jedynie na przeszkodzie mogły stanąć żaglówki, które często lubią przybijać na weekend pomiędzy skały, by tam na jakiś czas zacumować. Z dala dostrzegam jedną z nich i to właśnie w miejscu, gdzie zamierzałem się rozbić. Na szczęście okazało się, że państwo właśnie opuszczali naszą uroczą miejscówkę między skałami. Wszystko szło zgodnie z planem. Słońce grzało niemiłosiernie i nawet częste wchodzenie do wody nie dawało ukojenia na długo. Gdy dotarliśmy na miejsce, oczywiście naturalnym było wzniesienie toastu za naszą wspólną znajomość. W końcu to już mija ładnych parę lat od kiedy po raz pierwszy poznaliśmy się z Olkiem. Słońce dało się we znaki... Procenty szybko uderzyły do głowy, a pozostało jeszcze rozstawienie całego obozowiska. Na szczęście na Solinie o kacu można zapomnieć, a i wytrzeźwieć można bardzo szybko. Woda i lasy dookoła sprawiają, że w bieszczadach nie brakuje tlenu. Pod wieczór gdy humorek powoli mijał, całe obozowisko wraz z namiotem stało tak jak stać powinno.
Pozostało jeszcze oznaczenie miejscówki i sypnięcie kilku kilogramów truskawkowych kulek.

Nad Soliną można spotkać nie tylko dzikie ptaki :)

Noc minęła spokojnie...no może nie tak całkiem spokojnie, gdyż co chwilę coś chodziło koło namiotu, tak więc spanie do wschodu słońca mieliśmy z głowy. Na drugi dzień od samego rana świeciło słonko, więc zbyt długo w namiocie nie można było wytrzymać.
Nie licząc już na to, że się wyśpie, szybko wypiłem kawe i wsiadłem w ponton, by sprawdzić, czy pod skałami dostrzegę jakiegoś karpia. Nawet jak nie ma brań, ich widok dodaje mi tyle energii i optymizmu, że wypad mogę zaliczyć jako udany.
Faktycznie mijający mnie parę minut wcześniej wędkarz, widział karpie jak pływały pod samą powierzchnią wody. Gdy zbliżyłem się do miejsca, w którym często je widywałem, moim oczom ukazał się fantastyczny widok.
Raz po raz stada karpi przemykały koło mojego pontonu przecinając swoimi grzbietami lustro wody. Widok niesamowity, tym bardziej, że na powierzchni wody nie było ani jednej zmarszczki od wiatru. Pomyślałem sobie, przecież to nic dziwnego, że nie mam brań skoro one o jedzeniu nawet teraz nie myślą. Jeden po drugim przepływały obojętnie koło kawałków chleba, którymi chciałem je skusić do żerowania z powierzchni. Żałuje, że nie wziąłem ze sobą aparatu...
Optymizmem jednak napełniło mnie to, że po południu wiatr w końcu przybrał na sile i wiał wprost na skały, na których siedzieliśmy. Karpie, które wcześniej pływały pod skałami gdzieś zniknęły i dostrzec je mogłem jedynie chwilami na ekranie echosondy. Były już znacznie głębiej pod powierzchnią wody. Upał stał się do zniesienia, a wraz z wiatrem przyszły ciche nadzieje, że może jednak będzie szansa na jakieś branie.
Przepływając koło mojej zanęconej miejscówki zauważyłem spore łuki na echosondzie. Mogły to być pojedyncze duże drapieżniki, ale też prawdopodobnym było to, że karpie w końcu odnalazły moje żerowisko. Po dotarciu do brzegu postanowiłem jeszcze, tak dla wewnętrznego spokoju, wywieźć jeden zestaw pod same skały, prawie trzysta metrów od naszego obozowiska tam, gdzie wcześniej widziałem spławiające się karpie.
Rozpaliłem ognisko i zjedliśmy razem wspaniałą kiełbaskę. Nigdy nie biorę grilla nad wodę. Dla mnie jest to zbędny ekwipunek, a nic tak nie smakuje jak kiełbasa z ogniska.
Słońce już zaczynało zachodzić więc postanowiłem szybko przewieźć na noc swoje zestawy i donęcić odrobiną swojskich kulek. Pod skałami nie doczekałem się brania, więc drugi zestaw również wylądował z powrotem we wcześniej zanęcone miejsce.
Ognisko powoli dogasało i ku mojemu zdziwieniu sygnalizator wydał pojedynczy dźwięk. Popatrzyłem na wędkę, a mój hanger powoli przykleił się do blanku wędziska. Nie czekałem na odjazd tylko szybko zaciąłem. Ryba łatwo dała się podebrać. Nie była duża, ale był to karp. Ta rybka napełniła mnie nadzieją, że ten dwudniowy wypad może zakończyć się miłą niespodzianką.
Tak też się stało, bo po niespełna dwóch godzinach w śpiworze, moja centralka dała ciągły niski dźwięk. O to właśnie chodziło! Czym prędzej dobiegłem do wędek i zatrzymałem karpia, który zapewne chciał skryć się w konarach zwalonego drzewa, znajdujących się nieopodal mojej miejscówki. Hol musiałem kończyć z pontonu, gdyż pod brzegiem było mnóstwo zaczepów. Nie chciałem ryzykować, że ryba się w nie wplącze. Hol w nocy z pontonu pośród skał to jest to o czym chyba marzy wielu karpiarzy. Karp dość łatwo dał się podebrać, jednak w podbieraku zachowywał się jak amur. Walczył do końca nawet w siatce, a ja bałem się, żeby z niej nie wyskoczył. Może nie była to największa ryba jaką tutaj złowiłem, ale czy zawsze musimy łowić te największe? Dla mnie i tak miała dużą wartość, bo jak często zdarza się łowić karpie z tak dużej zaporówki na weekendowym wypadzie?

Pierwszy godny uwagi soliński dzikus :)

Przetrzymanie ryby w worku pozwoliło ustalić karpiową dietę

Szybko do mnie dotarło, że ta noc również będzie nieprzespana... Wpakowałem karpia na noc do worka tak, by móc w dzień zrobić z gopro parę fotek i położyłem się do łóżka. Moja dziewczyna nie była zbytnio zadowolona, bo tym razem o brak snu nie przyprawiła ją dzika zwierzyna, tylko karpie! Jak się zapewne domyślacie, mnie to wogóle nie przeszkadzało. Nie długo trwał mój pobyt w namiocie. Po dwóch godzinach nastąpiło kolejne branie, tym razem do brzegu. Z początku wydawało mi się, że na końcu mojej wędki jest pusto, ale karp pozbawił mnie złudzeń. Nagły zwrot pod drugą wędkę i odjazd na otwartą wodę upewnił mnie, że na końcu zestawu jest ryba. O dziwo jak na tej wielkości karpia był bardzo waleczny i nie dawał za wygraną. Dopiero po chwili osłabł i dał się podebrać. Wysiadła mi latarka, więc w zupełnych ciemnościach wróciłem z rybą do brzegu.

Do zobaczenia jesienią...

Niespełna parę godzin później kolejne branie zerwało mnie na nogi. Niestety mimo szybkiej reakcji ryba zdołała się uwolnić zanim dobiegłem do wędki. Szkoda bo mógł być kolejny karp do kolekcji.
Wyglądało na to, że karpie rozkręciły się na dobre. Świadczyły o tym również pozostawione na macie podczas robienia zdjęć, wydalone czerwone truskawkowe kulki. Niestety, praca i obowiązki wzywały i musiałem zakończyć ten dwudniowy wypad. Jak zwykle w takich chwilach pozostaje lekki niedosyt. Z drugiej jednak strony, nie można być niezadowolonym jeśli w ciągu tak krótkiego wypadu, na tak pięknej wodzie łowi się bądź co bądź niebrzydkie karpie.
Obiecuje sobie, że wrócę tutaj jesienią, chociażby na krótki weekendowy wypad.

Paweł Popowicz