Obserwując prognozy pogody, ostatnie dni sierpnia zapowiadały się słoneczne, a temperatura w nocy miała nie spadać poniżej 14 stopni Celsjusza. Zaproponowałem więc mojej dziewczynie wspólną dwudobową zasiadkę. Postanowiliśmy, że tym razem spróbujemy swoich sił na nieco innej, trudniejszej wodzie.
Zacząłem więc poszukiwania odpowiedniego zbiornika. Wybór padł na łowisko „Dzika Woda” znajdujące się w województwie małopolskim. Z informacji na stronie internetowej łowiska wynika, że staw jest wyrobiskiem pożwirowym, w którym pływają niezwykle waleczne karpie i amury. Stanowiska oddzielone od siebie krzewami, zapewniają wędkarzom spokojny wypoczynek. Po zarezerwowaniu miejsca pozostało już tylko przygotować się do zasiadki.
Nad wodę dotarliśmy w środę przed południem. Po zaparkowaniu samochodu obok naszego stanowiska, zaczęliśmy rozkładać obozowisko. Gdy napompowaliśmy ponton, nadeszła kolej na wysondowanie łowiska. Dno kształtowało się ciekawie, wytypowaliśmy kilka miejsc, w których naszym zdaniem karpie mogłyby przebywać i żerować. Jedyną przeszkodą, z jaką musieliśmy sobie poradzić, było prawdopodobnie zatopione drzewo leżące w poprzek stanowiska, około 20 metrów od przeciwległego brzegu. Mając jednak doświadczenie z innych trudnych wód, takich jak np. Zalew Soliński, mieliśmy pomysł jak poradzić sobie z naszą przeszkodą i zwiększyć szanse na wyholowanie ryby.
Skorzystaliśmy z możliwości łowienia na trzy wędki. Najbardziej skrajną, lewą wędkę, miała „w opiece” moja dziewczyna. Dotyczyło to również wyboru miejsca, przynęty i zanęty, oraz w razie brania, również holu ryby. Ja łowiłem na pozostałe dwa kije. Po wywiezieniu zestawów usiedliśmy w fotelach i w oczekiwaniu na branie delektowaliśmy się ciszą i pięknymi widokami.
Do samej nocy nasze sygnalizatory nie wydały nawet pojedynczego dźwięku, jednak nie zniechęcaliśmy się tym. Gdy słońce pokonywało horyzont przewieźliśmy nasze zestawy na nowo. Ponownie usiedliśmy w fotelach wsłuchując  się w spławy karpi.
Po godz 22 poszliśmy spać. Ledwo zamknąłem namiot, centralka wydała kilka tonów. Szybko wstałem, ubrałem buty i żwawym krokiem poszedłem do wędki. Branie było na lewą wędkę, ale w nocy byłem „upoważniony” do zacinania również i tego kija. Ryba odchodziła delikatnie w lewo oddalając się od zaczepu, więc bezstresowo mogłem kontynuować hol. Po stosunkowo ciężkiej walce, jak na karpia nieprzekraczającego 10 kilogramów, Ilona podebrała rybę. Zadowoleni, że w końcu mamy pierwsze branie pstrykamy rybce parę fotek i uwalniamy. Później moja dziewczyna ponownie przygotowuje porcję zanęty i wybiera kuleczki na włos. Ja w tym czasie pakuję echo na ponton, zakładam nowy ciężarek na klips i sprawnie wywozimy wędkę w to samo miejsce.
Kilka minut po 4 nad ranem centralka wydaje pojedyncze dźwięki, następnie zaczyna się rozpędzać. Branie ponownie na lewą wędkę. Po podniesieniu kija czuję miły ciężar na drugim końcu. Tym razem udaję się wyciągnąć pierwszego karpia zasiadki, który przekracza 10 kg. Sytuacja się powtarza. Zdjęcia, ponowna wywózka i z powrotem do namiotu.
Ledwo zmrużyliśmy oczy, a niebieski kolor sygnalizatora ponownie  rozjaśnił namiot. Trochę zmęczony holuję kolejnego karpia.
To będzie dla mnie pamiętny hol, i nie chodzi tutaj w ogóle o karpia, ale o budząca się przyrodę. Mgła unosząca się nad wodą, śpiew budzących się ptaków, a przed nami wstające słońce – nie da się tego opisać.
Po tej rybie już naprawdę zmęczeni kładziemy się spać.
Nocny maraton brań dał nam się we znaki, budzimy się dopiero po dziesiątej. Po śniadaniu zwijamy wędki, zakładamy na włos świeże kuleczki, przygotowujemy zanętę i z powrotem umieszczamy zestawy w wodzie.
Drugi dzień również mija bez brań. Około 19 przewozimy zestawy i zabieramy się za kolację. Po 30 minutach  mamy branie. Podobnie jak wcześniej branie następuje również na lewą wędkę. W końcu Ilona dostaje szanse wyholowania pierwszej ryby. Idzie jej bardzo dobrze. Ryba walczy, ale dzięki uwolnieniu ciężarka ładnie wychodzi do powierzchni. Umiejętne ustawienie hamulca i moje wskazówki pomagają w holu. Jednak po kilku minutach słyszę: „czuję luz”. Od razu pomyślałem, że ryba po prostu się spięła. Okazuje się jednak, że to ja popełniłem błąd. Węzeł łączący żyłkę główną ze strzałówką po prostu nie wytrzymał.
Trochę zły na siebie wiąże wszystko od nowa i sprawdzam kilkakrotnie wszystkie węzły. Następnie wywozimy zestaw z nadzieją na kolejne szybkie branie.
Po tym braniu, spodziewamy się również nieprzespanej nocy jak poprzednia. Nie myliliśmy się. Po zapadnięciu zmroku następuje kolejne branie. Wędka oczywiście ta sama. Siedzimy blisko patyków więc reakcja jest natychmiastowa. Początkowo karp mozolnie daje się holować do brzegu, jednak po kilku minutach płynie zdecydowanie w lewą stronę, w kierunku trzcin. Wsiadamy sprawnie w ponton i kontynuujemy hol. Ja zasiadłem za sterami, moja dziewczyna holowała rybę. Po długiej i bardzo męczącej walce, podbieramy pięknego karpia. Pierwszy hol Ilony i od razu karp konkretnych rozmiarów. Wracamy do brzegu, robimy fotki i idziemy spać.

W ciągu nocy doławiamy jeszcze dwa karpie, oczywiście na lewą wędkę. Jednemu z nich nie robimy już zdjęć, tylko wywozimy zestaw i podnęcamy trochę kulkami. Kładziemy się dalej spać nie wiedząc, że samym rankiem obudzi nas piękna ryba, ale o tym później. Teraz kilka słów o przynętach i zanętach.
W związku z tym, że byliśmy nad tym łowiskiem pierwszy raz przygotowałem kulki na dwóch rodzajach miksów. Kulki kokosowe wykulałem z mojego standardowego miksu birdfood. Drugi rodzaj kuleczek został wykonany z mączek pochodzenia rybnego i nowego, testowego aromatu o zapachu kryla. We wszystkie produkty, jak zwykle zresztą zaopatrzyłem się u Pawła Popowicza. Dzięki temu jestem pewny, że składniki są świeże i najwyższej jakości. Nęciliśmy zgodnie z zaleceniami właścicieli łowiska - kilka garści na zestaw. Zanęta składała się z pokruszonych i pociętych kulek oraz konopi i kukurydzy.
Wracamy do zasiadki. O godzinie 7.30 wyrywa nas ze snu dźwięk centralki. Wybiegam szybko z namiotu, podnoszę wędkę i jest. Kij ugina się konkretnie. Czuję, że mam na drugim końcu silnego przeciwnika. Hol przebiega pomyślnie i po walce podbieram pięknego, dużego karpia. Po zważeniu okazuje się, że waży niedużo mniej niż aktualny rekord łowiska. Jesteśmy mega szczęśliwi. Zobaczcie na zdjęciach poniżej jego piękne łuski.

Po uwolnieniu ryby, powoli zabieramy się za porządkowanie łowiska i pakowanie sprzętu, aby przed południem opuścić stanowisko.
Podsumowanie.
Zasiadkę uważam za bardzo udaną. Złowiliśmy piękne i duże ryby. Nasza taktyka się sprawdziła. Niewątpliwie do tego sukcesu, przyczyniły się przynęty oraz rodzaj i jakość użytej zanęty. Popieram tę tezę informacją, że sąsiedzi ze stanowiska obok, wędkując w podobnych miejscach nie złowili ani jednego karpia. Mam nadzieję, że w przyszłości przyjdzie jeszcze nam spotkać mieszkańców „Dzikiej Wody”.
Pozdrawiam!
Mateusz Nowak